Maryja Dziewica. Problem historyczny braci Jezusa według ks. Johna Meiera

Autor niniejszego wpisu nie bierze żadnej odpowiedzialności za jakiekolwiek skutki wynikłe z wykorzystania zawartych w nim materiałów, informacji i wniosków. Każdy zaznajamia się z tekstem na swoją własną odpowiedzialność. Autor referuje jedynie poglądy znanego badacza i tylko w niektórych momentach uzupełnia je o inne wiadomości.

KSIĄDZ JOHN MEIER

Ludzie, którzy za życia przechodzą do historii są czymś niezmiernie rzadkim. Ludzie, którzy potrafią być obiektywni i w swoich badaniach nie bronić stronnictwa, partii, czy też religii, którą reprezentują, praktycznie nie istnieją.

Benedykt XVI stwierdził:

J. P. Meier, „A marginal Jew. Rethinking the historical Jesus”, Doubleday 1991. To wielotomowe dzieło amerykańskiego jezuity jest pod wieloma względami modelowym przykładem egzegezy historyczno – krytycznej: ukazane zostały w nim zarówno jej znaczenie, jak i granice (Joseph Ratzinger, „Jezus z Nazaretu”, Kraków 2007, s. 293).

Ksiądz Meier oczywiście nie jest jezuitą, być może papież pomylił go z innym genialnym amerykańskim biblistą J. A. Fitzmyerem SJ, któremu także należałyby się słowa uznania. Ks. Meier chętnie wybaczył błąd Benedykta XVI, mówiąc:

Byłem głęboko wzruszony, gdy przeczytałem, że papież Benedykt łaskawie włączył „Marginalnego Żyda” do najważniejszych ostatnich książek o Jezusie. Jeszcze bardziej poruszający jest fakt, że wymienił mnie wśród egzegetów, którzy zawsze byli dla mnie przedstawicielami tego, czym katoliccy badacze Nowego Testamentu powinni być: ludźmi, którzy postrzegają życie wiary i życie intelektu, jako dwie spójne części większej całości, a nie jako dwie konkurujące ze sobą, wrogie siły (cyt. za: Michael O. Garvey,  „A papal mistake gladly forgiven”, University of Notre Dame [dostęp: maj 2007], http://lumen.nd.edu/2007_05/Apapalmistakegladlyforgiven.shtml).

Inny badacz Jezusa historycznego Hyam Maccoby – znany w Polsce z głośnych publikacji: Jezus i żydowska walka wyzwoleńcza oraz Kowal mitu. Święty Paweł i wynalazek chrześcijaństwa – zdumiony, po pierwszym tomie pracy Jezus. Marginalny Żyd, napisał:

Najbardziej zaskakujące w książce Johna P. Meiera o Jezusie jest to, że została napisana z Imprimatur Kościoła katolickiego. Bo jest to książka napisana przez autora, który sam będąc księdzem katolickim, zastanawia się nad historyczną kwestią Maryi, jej wieczystym dziewictwem, narodzinami Jezusa w Betlejem w żłobie z udziałem Trzech Króli oraz wieloma innymi cenionymi przekonaniami Kościoła. Można się zastanawiać, jak wiele obrazoburczych rewelacji zobaczymy w drugim tomie tej pracy (H. Maccoby,  „A Marginal Jew: Rethinking the Historical Jesus, by John P. Meier”, Commentary [dostęp: kwiecień 1992], http://www.commentarymagazine.com/article/a-marginal-jew-rethinking-the-historical-jesus-by-john-p-meier/ ).

Ks. Meier chciał napisać obiektywną publikację o Jezusie, którą mógłby przeczytać katolik, protestant, Żyd czy też ateista, a w tym celu musiał zadawać pytania i udzielać na nie odpowiedzi nie zgodnie z konfesyjną wizją Kościoła, którego jest przedstawicielem, lecz z pozycji chłodnego obiektywizmu historyka. Zdumienie badacza żydowskiego jest więc niejako potwierdzeniem tego, że zamiar napisania książki o Jezusie, którą mógłby zaakceptować ateista, Żyd i chrześcijanin udał się wyśmienicie.

Jaki więc obraz Jezusa wyłania się z pracy badacza? Po przedstawieniu schematu tego obrazu zaznajomimy się z najbardziej kontrowersyjną tezą księdza, albowiem – według niego – najbardziej prawdopodobna jest opinia, że bracia i siostry Jezusa byli Jego naturalnym rodzeństwem.

I) Problem braci Jezusa w pismach wczesnych ojców Kościoła i w Nowym Testamencie

a) Ogólna charakterystyka Jezusa w ujęciu ks. Meiera

W pierwszym tomie swojej monumentalnej pracy ks. Meier zajmuje się życiem Jezusa ze szczególnym uwzględnieniem problematyki Jego rodzeństwa. Uczony zdecydowanie stwierdza, że istnienie historycznej postaci Jezusa jest obecnie uważane za pewne. Wystarczającym do tego świadectwem jest wzmianka u historyka żydowskiego Józefa Flawiusza, która – choć zdradza rękę chrześcijańskiego interpolatora – daje nam ważną informację o Jego rzeczywistym istnieniu. Pomimo tak ubogiego zewnętrznego poświadczenia w źródłach, które – według badacza – jest cechą charakterystyczną nawet dla tak wielkich postaci, jak np. Aleksander Wielki, teorie o mityczności Nazarejczyka można odłożyć do lamusa.

Jezus nie był buntownikiem, ani też nie zamierzał w swoim świecie zmieniać nieznośnych warunków bytu poprzez zmiany społeczne. Choć dystrybucja dóbr materialnych daleka była od sprawiedliwości, to nie odznaczała się ona jakimś wyjątkowym bezprawiem na tle palestyńskich, rzymskich, czy też mezopotamskich standardów.

Nazarejczyk dorastał i żył w miarę spokojnych czasach. Mimo niepokojów politycznych i religijnych w Galilei nie stacjonowały legiony rzymskie, ponieważ prowincja była zarządzana przez marionetkowego władcę: Heroda Antypasa. Jak na ówczesne warunki Jezus nie był biedny; gdyby zechciał, mógłby kontynuować karierę cieśli i bogacić się. Prawdopodobnie nigdy nie był żonaty, a później został celibatariuszem. Jezus zgodził się z przesłaniem apokaliptycznego proroka Jana Chrzciciela i przyjął chrzest z jego rąk, a następnie został jego uczniem. Po pewnym czasie odłączył się od Jana i rozpoczął samodzielną działalność wędrownego kaznodziei – egzorcysty. Powołał dwunastu jako profetyczny znak dla Izraela, którego wezwał do nawrócenia i odnowy moralnej.

Kobiety odgrywały bardzo dużą rolę w Jego ruchu i traktowane były na równi z Jego uczniami. Ks. Meier twierdzi, że nie były one nazywane uczniami, ponieważ w języku hebrajskim i aramejskim nie ma odpowiednika dla „kobiety ucznia”. Jezus zabronił rozwodów, ale właściwie nie wiemy dlaczego; ksiądz wyraża przypuszczenie, iż Nazarejczyk mógł być wrażliwy na sytuacje kobiet w społeczeństwie żydowskim.

Nie było konfliktów pomiędzy Jezusem a faryzeuszami; antagonistyczne debaty z nimi zostały zmyślone przez chrześcijan drugiej generacji i nie są historyczne. Samego Jezusa bardzo interesowała interpretacja Tory, jednak dla pierwszego pokolenia chrześcijan nawróconych z pogaństwa, debaty te były mało interesujące i zrozumiałe, dlatego też nie zostały utrwalone i zapisane, a przez to przepadły dla historii. Jezus nie widział żadnego zła w etyce i prawie żydowskim. Głównym przesłaniem Jezusa była miłość, miłosierdzie, troska o ubogich, życzliwość oraz zakaz odwetu – co czyni Go wyjątkowym na tle konkurentów. Wielu ludzi mu współczesnych uważała Go za cudotwórcę.

Jezus nie głosił, iż jest Mesjaszem Dawidowym. Nie rozumiał swojej śmierci jako ofiary za grzechy ludzkości. Nie uważał siebie za Boga. Chciał zmienić judaizm, a nie tworzyć nowej religii pozostającej poza jego obrębem. Jezus uważał, że obecny porządek zmierza do apokaliptycznego końca. Jezus, który nie przewiduje, iż znalazł się w czasach ostatecznych, a świat znalazł się u progu Nowej Ery – nie jest Jezusem historycznym.

b) Bracia Jezusa. Świadectwa nieanonimowe

Ks. Meier odnotowuje, że kwestia dziewictwa Maryi na przestrzeni pierwszych czterech wieków nie była jednolita. Istniało wiele poglądów na ten temat, a nikt nie był ekskomunikowany za zajmowanie jakiegokolwiek stanowiska w tej sprawie. Ks. Meier podkreśla, że Hegezyp, Tertulian i św. Ireneusz uważali, że bracia Jezusa byli Jego braćmi rodzonymi. Odnosząc się do Hegezypa ks. Meier stwierdza:

Jego świadectwa, o nauczaniu biskupów w wielkich miastach Cesarstwa Rzymskiego, są wysoko cenione przez obrońców tradycyjnej eklezjologii katolickiej. Jednak jego obrońcy zwykle milczą, gdy chodzi o wzmianki o braciach Jezusa (s. 329).

Dlaczego tak ważne są ustalenia ks. Meiera, w których odnosi się do Hegezypa? Powodują one zupełnie inna perspektywę postrzegania późniejszego uzasadnienia i pomysłu św. Hieronima na to, że bracia Jezusa to tak naprawdę Jego kuzyni: argumenty te stały się niewiarygodne. Św. Hieronim uważał bowiem, że greckie adelphos (brat) może oznaczać kuzyna. Ks. Meier postanowił ustalić, co miał do powiedzenia, w tej sprawie ojciec Kościoła z II w. po Chr.

W „Historii Kościoła” Euzebiusza (2, 23, 4), Hegezyp odnosi się do „brata Pańskiego” [ho adelphos tou kyriou] Jakuba, który był nazywany przez wszystkich „Sprawiedliwym”. Podczas opisu męczeństwa tegoż „Jakuba Sprawiedliwego” (czyli Jakuba nazywa „bratem Pańskim” zarówno Paweł, jak i Hegezyp) Hegezyp wspomina również „wujka” i „kuzyna” (anepsion!) Jezusa (4, 22, 4). Hegezyp jest więc zdolny do precyzyjnego odróżniania pomiędzy bratem, wujkiem a kuzynem Jezusa (s. 329).

Św. Hieronim wskazał Septuagintę (LXX) jako przykład przekładu z języka hebrajskiego i aramejskiego, w którym nie ma odpowiednika słowa kuzyn. Hebrajskie `ah lub równoważne mu aramejskie `ahamiałoby wskazywać na ten związek. Słabość argumentów św. Hieronima ks. Meier obnażył również (a może przede wszystkim!), gdy przeszedł do analiz Listów św. Pawła. W Liście do Galatów (1, 19) św. Paweł pisze o Jakubie bracie Pańskim (iakobon ton adelphon tuo kyriou), a w 1 Kor 9, 5 wzmiankuje o braciach Pańskich (hoi adelphoi tou kyrion). Ks. Meier stwierdza, że św. Paweł odnosi się do ludzi, których zna osobiście i którzy wciąż żyją i działają w Kościele w czasie, w którym on o nich pisze. Tworzy więc na własną rękę, bez presji ustalonej tradycji lub wzoru. Św. Paweł odnosi się do tych ludzi jak do braci – nie kuzynów. Ważną konkluzją ks. Meiera jest jego myśl, że nie było lepszego odpowiednika greckiego dla kuzyna w Nowym Testamencie, jak anepsios, które było znane w Kościołach Pawłowych, ponieważ występuje w Kol 4, 10 (s. 326). O ile można – z wielką trudnością! – utrzymywać tezę, że ewangeliści przekładając jakieś teksty aramejskie na język grecki (koine) mogli oddać słowo kuzyn jako brat, to przecież św. Paweł nie tłumaczył tekstów, lecz pisał je od razu w języku greckim. Ks. Meier rozważał wszystkie możliwości, włącznie z argumentem, że wyrażenie brat Pański było używane w przenośni, ale odrzucił również i tę możliwość:

Cała teoria wczesnego rozwoju chrześcijaństwa, która twierdzi, że język aramejski dopiero został zastąpiony na późniejszym etapie przez Grekę, ignoruje istnienie Żydów chrześcijan, którzy mówili tylko po grecku w Jerozolimie i współuczestniczyli w budowie Kościoła od samego początku (helleniści w Dz 6). Przypuszczalnie ci chrześcijańscy Żydzi w Jerozolimie, bez wątpienia znali Jakuba i innych „braci Pana” osobiście, a nazywali ich „hoi adelphoi tou kyriou” („bracia Pańscy”), a nie „hoi anepsioi tou kyriou” („kuzyni Pańscy”). Ich użycie nie powstało po pewnym czasie szanowanego aramejskiego sposobu wysławiania się, aby dopiero z czasem stać się czymś stałym i tradycyjnym (s. 326).

Wnioski te można potwierdzić, odwołując się do świadectwa historyka żydowskiego Józefa Flawiusza, który opisał Jakuba i Jezusa niezależnie od św. Pawła. W Starożytnościach żydowskich Józef pisze o Jakubie, bracie Jezusa, zwanego Chrystusem (Ant 20, 200). Przez fakt, że Flawiusz nazwał go bratem Jezusa, a nie Pana, wskazał kierunek księdzu do wysnucia ważnego i istotnego wniosku, że nie był to niezmienny tytuł, który wykluczałby jakieś dokładniejsze objaśnienie (s. 327).

Ks. Meier wspomniał również o teorii Epifaniusza, który utrzymywał, że bracia i siostry Jezusa, to Jego rodzeństwo przyrodnie. Hipotezę tę wydaje się wspierać napisana w II w. po Chr. Protoewangelia Jakuba. Ksiądz określił to Pismo jako szaloną i zarazem pomysłową opowieść ludową, która jest skandalicznie niedokładna w kwestii zwyczajów żydowskich… jest to rozwiązanie wymyślone po fakcie, aby wesprzeć nową ideę wieczystego dziewictwa Maryi, która nie była powszechnie nauczana, aż do drugiej połowy wieku IV (s. 324).

Ks. Meier postanowił również dokładnie przyjrzeć się przykładom św. Hieronima, by w końcu dojść do wniosku, że wiele fragmentów, w których w rzeczywistości `ah oznacza kuzyna, jest bardzo mało – być może tylko jeden (s. 325). Ten przykład można znaleźć w 1 Krn 23, 22. Wyrażenie przetłumaczone tutaj jako krewni jest odpowiednikiem hebrajskiego `aha; w LXX zostało to oddane jako adelphoi(dosł. bracia). Z poprzedniego wersetu wynika, że Eleazar i Kisz są synami Machliego, co właściwie oznacza, że córki Eleazara poślubiły kuzynów. To, że osoby te są kuzynami wynika bezpośrednio z tekstu! Ks. Meier konstatuje:

Nie ma takiego wyjaśnienia w tekstach Nowego Testamentu dotyczących braci Jezusa. Jest wręcz przeciwnie, regularność, z jaką bracia Jezusa są utożsamiani z Matką, sprawia dokładnie przeciwne wrażenie (s.325).

c) Świadectwa anonimowe

– Ewangelia według św. Marka

Tutaj po raz pierwszy spotykamy się z imieniem Matki Jezusa – Maryja. Nazwy tej nie przekazały najstarsze warstwy tradycji (Q, proto – Paweł). Sam fakt rodzeństwa mamy dobrze potwierdzony: Jakub jest wspomniany przez niezależnego historyka Flawiusza i Apostoła Pawła, który również nadmienia, że Jezus miał więcej braci, a św. Marek podaje nam ich imiona.

Czy Maryja z Nazaretu pojawia się w tej Ewangelii jedynie w towarzystwie braci Jezusa? Tak! Maryja w najstarszym przekazie synoptycznym zawsze występuje wraz z braćmi Jezusa. Postanawia ona wraz z nimi i siostrami Jezusa powstrzymać Go, albowiem Rodzina doszła do wniosku, iż Nazarejczyk odszedł od zmysłów (Mk 3, 21). Tradycyjna egzegeza tłumaczy, iż są to kuzyni, jednak możliwość taką można wykluczyć, gdyby bowiem Maryja chciała powstrzymać Jezusa za pomocą autorytetu dalszej rodziny, to po co trudziłaby na wyprawę z Nazaretu do Kafarnaum wszystkich kuzynów Jezusa, a nawet kuzynki(Mk 3, 32), pomijając wujostwo Jezusa, które w tej sytuacji, znając zwyczaje żydowskie, miałoby kluczowe znaczenie. Jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę, iż były to siostry Jezusa, to ich obecność jest jak najbardziej zrozumiała, albowiem Nazarejczyk jako pierworodny powinien zadbać o ich posag. Zaniepokojone o swoją przyszłość, pojawiają się wraz z Matką i braćmi, by wyjaśnić sytuację, ponieważ głowa Rodziny (pierworodny) opuścił ich, a w patriarchalnym społeczeństwie to właśnie On powinien przejąć obowiązki Józefa. Obecność sióstr Jezusa właściwie wyklucza możliwość, iż w tej perykopie mogło chodzić św. Markowi o kuzynostwo. O ile wydaje się już dziwna podróż wszystkich kuzynów Jezusa z Maryją do Kafarnaum, to dodatkowo jeszcze obecność kuzynek – bez ich rodziców –  uczyniłaby to opowiadanie całkowicie niezrozumiałym.

W Ewangelii św. Marka występuje kobieta Maria, określana jako matka Jakuba i Jozesa:

1. Czyż nie jest to ów cieśla, syn Marii, i brat Jakuba, i Jozesa, i Judy,i Szymona ( Mk 6, 3 ).

2. Były też niewiasty, które się przypatrywały z daleka, między nimi Maria Magdalena i Maria, Matka Jakuba Mniejszego, i Jozesa i Salome ( Mk 15, 40 ).

3. Ale Maria Magdalena i Maria, matka Jozesa, przyglądały się, gdzie go złożono ( Mk 15, 47 ).

4. A gdy minął sabat, Maria Magdalena i Maria Jakubowa, i Salome nakupiły wonności ( Mk 16, 1 ).

W części manuskryptów oraz rękopisach pochodzących z tradycji syryjskiej przed imieniem „Jozesa” umieszczony jest rodzajnik he, co mogłoby sugerować, że są tam wymienione nie trzy, a cztery kobiety. Świadectwa, wspierające lekcję z rodzajnikiem nie znajdują potwierdzenia w najważniejszych kodeksach, a lista niewiast z Mk 15, 40 pozostawiałaby wtedy jedną z nich bez imienia, dlatego tłumaczenie Biblii Warszawskiej należy uznać za poprawne.

Bracia Jezusa w trakcie odrzucenia w Nazarecie są wymienieni w następującej kolejności:
– Maria – matka Jezusa; bracia: Jakub, Jozes, Juda, Szymon.

Następnie spotykamy kobietę określaną w trojaki sposób:
1) Maria – matka Jakuba i Jozesa
2) Maria – matka Jozesa
3) Maria Jakubowa.

W pierwszym wariancie dwaj pierwsi bracia są wymienieni w takiej samej kolejności jak w Mk 6, 3, a ewangelista stwierdza, że są to synowie Marii. Później ta osoba jest nazywana matką Jozesa albo Marią Jakubową. Kontekst, jak i opis zdarzeń jednoznacznie sugeruje, że Maria odpowiadająca każdemu z tych trzech wariantów, to ta sama osoba. Nie ma żadnych powodów, aby Mk 6, 3 oddzielać od kobiety określanej jako Maria, matka Jakuba i Jozesa. Świadczy o tym zachowana poprawna kolejność braci Jezusa, a także logika: przecież gdyby św. Marek miał tu kogokolwiek innego na myśli, musiałby to wskazać w jakiś wyraźny sposób ze względu na to, że Jakub, brat Jezusa, był znany całej wspólnocie i każdy czytający ten logion, skojarzyłby dwóch wymienionych braci z rodziną Jezusa i Jego Matką. Natomiast nie ma podstaw, by utożsamiać tego Jakuba, z Jakubem, synem Alfeusza (Mk 3, 18), ponieważ Marek prawdopodobnie po to dodał do Jakuba przydomek Mniejszy, by odróżnić go od innych osób, które w jego piśmie nosiły to samo imię. Określenie Jakuba mianem Mniejszego, nie jest próbą określenia wieku lub wzrostu, lecz wskazaniem na późniejsze otwarcie się brata Jezusa na Jego orędzie, w przeciwieństwie do Jakuba, syna Alfeusza, który według św. Marka został powołany już na samym początku. Św. Marek określił Maryję jako Jego Matkę, mając na myśli Jezusa, i istotne jest pytanie: dlaczego teraz zrezygnował z tego określenia i nazwał ją matką Jakuba i Jozesa? Jezus zmartwychwstały przechodzi do innej formy egzystencji, zatem za powodami, dla których św. Marek mógł zrezygnować z takiej formy określenia Maryi, mogły stać względy teologiczne: Jakub i Jozes należą do tego eonu wobec tego Maryja nadal pozostaje ich matką. Nie można też zapominać, że cały opis kobiet patrzących na Mękę Jezusa rozgrywa się już po perykopie, w której Jezus odrzucił więzy krwi na rzecz rodziny duchowej, a więc św. Marek – idąc tym torem rozumowania – mógł określić Maryję jako matkę Jakuba i Jozesa. Przecież w tym trzyczęściowym opisie, nadaje Jej miano matki Jozesa, a przecież nie oznacza to, że przestała ona być matką Jakuba. Próby wyjścia z tej sytuacji poprzez identyfikacje tej osoby z siostrą Maryi są nieprzekonujące, ponieważ nadanie imienia Maria, dwóm siostrom w jednej rodzinie, jest nieprawdopodobne. Nawet jeśli ktoś odrzuca wyżej wymieniona identyfikację, to fakt, że ona jest w ogóle możliwa, jest sam w sobie zastanawiający.

– Ewangelia według św. Mateusza

Ewangelia według św. Mateusza została poszerzona o relację z dzieciństwa Nazarejczyka. Izraelowi nie były obce mity dzieciństwa (Noe, Melchizedek, Mojżesz), które dotyczyły przeszłych bohaterów ich historii i religii, tym bardziej zasługiwał na nie chrześcijański bohater eschatologiczny królewskiego profetyzmu zbawienia – Jezus z Nazaretu. Jednak włączenie takiej relacji w tekst Ewangelii, musiało spowodować opuszczenie wzmianki zanotowanej przez św. Marka o tym, że Rodzina Jezusa myślała o Nim, jako o Osobie niespełna rozumu. Z pierwotnej relacji najstarszego synoptyka wynika, że Maryja nie miała żadnej szczególnej przed wiedzy dotyczącej Jezusa. Nic u św. Marka nie wskazuje, aby Rodzina Nazarejczyka była wcześniej odwiedzana przez rzesze anielskie, czy to w wizjach rzeczywistych, czy też sennych, ewentualnie akustycznych, albowiem wtedy raczej ucieszyłaby się ona z faktu, że Jej Syn wreszcie podjął prorockie przeznaczenie, a nie stawiałaby Mu kolejnych trudności i posądzała o utratę zmysłów.

Samo odrzucenie w Nazarecie jednak św. Mateusz zachował, nadając mu następującą formę:

Czyż nie jest to syn cieśli? Czyż matce jego nie jest na imię Maria, a braciom jego Jakub, Józef, Szymon, i Juda? A siostry jego, czyż nie są wszystkie u nas? (Mt 13, 55 – 56).

Bracia i siostry Jezusa są tu zestawieni z Jego ojcem i Matką. Czytelnik nie odnosi wrażenia, aby chodziło w tym wypadku o kuzynów: dlaczego bowiem nie wymieniono ich rodziców, a tylko rodziców Jezusa? – nic nie uprawnia do takiego wniosku: ojciec, matka, bracia i siostry – to Rodzina Jezusa.

Św. Mateusz wyjaśnia, skąd mogli wziąć się liczni domownicy Nazarejczyka:

A gdy Józef obudził się ze snu, uczynił tak, jak mu rozkazał anioł Pański i przyjął żonę swoją. Ale nie obcował z nią, dopóki nie powiła syna, i nadał mu imię Jezus (Mt 1, 24 – 25).

– Ewangelia według św. Łukasza

Św. Łukasz działa wg schematu pierwszego synoptyka. Ewangelia Dzieciństwa także na nim wymusza pominięcie wzmianki o oskarżeniu Jezusa o szaleństwo. Niemniej jednak św. Łukasz określa Jezusa jako pierworodnego Syna Maryi, co sugeruje, że Nazarejczyk miał rodzeństwo.

Przeciwko tej interpretacji bardzo często jest wysuwany argument, że jedna z inskrypcji nagrobnych, także zawiera takie określenie dziecka, pomimo iż kobieta ta zmarła przy jego połogu i już dzieci nie miała. Oto treść wzmiankowanej inskrypcji:

Ten grób to grób Arsinoe, przechodniu…Przeznaczenie przywiodło mnie w bólach porodowych przy powiciu mego pierwszego dziecka do kresu życia…Ten grobowiec kryje w swym wnętrzu moje ciało, ale dusza moja uleciała do świata sprawiedliwych. Epitafium Arsinoe. Rok 25, 2 miesiąca Mechir [28 stycznia 5 r. p. n. e. ?] (J. Meleze – Modrzejewski, „Żydzi nad Nilem”, przeł. Joanna Olkiewicz, Kraków 2000, s. 168).

Z niczym takim się u ewangelisty nie spotykamy: Maryja cieszy się dobrym zdrowiem, a sam św. Łukasz nadmienia, że znalazła się ona wraz z braćmi Jezusa w Jerozolimie i uczestniczyła w radosnych i ekstatycznych początkach chrześcijaństwa (Dz 1, 14). Wyżej wzmiankowane epitafium nie jest w stanie nam w niczym pomóc, albowiem mianem pierworodnego określano przede wszystkim dziecko przychodzące jako pierwsze w licznych rodzinach. Biorąc pod uwagę, że w trakcie redagowania Ewangelii św. Łukasza istniała tylko Ewangelia św. Marka, to takie określenie musiało być rozumiane jednoznacznie. Jeśli św. Łukasz chciałby w sposób bezsprzeczny zaprzeczyć tradycji Markowej, to wtedy mógłby użyć zamiast słowa prototokos (pierwszy urodzony), określenia znanego przecież w Nowym Testamencie, a zarazem bardzo precyzyjnego – monogenes ( jedyny urodzony; zob. J 3, 16 ).

Często apologeci dziewictwa Maryi powołują się na tekst Łk 2, 41 i argument nieobecność rodzeństwa Jezusa w trakcie opisywanej przez św. Łukasza pielgrzymki do Jerozolimy z okazji Pesach (Łk 2, 39 – 52). Należy jednak wziąć pod uwagę, że nie wiemy, czy przed braćmi Jezusa nie urodziły się Jego siostry, a nie miały one przecież obowiązku pielgrzymkowego. Rodzeństwo posiadali zarówno Józef, jak i Maryja, a biorąc pod uwagę ówczesne zwyczaje: to miałyby one godziwą opiekę podczas nieobecności rodziców. Poza tym bardziej jest prawdopodobne, że Rodzice stracili Jezusa „z oczu”, ponieważ zajmowali się innymi dziećmi (młodszymi). Większa gromadka dzieci mogłaby spowodować taką niefrasobliwość. Maryja właśnie w tej Ewangelii – pomijając wartość historyczną tej relacji! – odbywa podróż z Nazaretu do Betlejem, w końcowym stadium ciąży, a zaraz po porodzie udaje się do Jerozolimy, aby poddać się rytuałowi oczyszczenia. Jak wynika z narracji Łukasza, pomimo karmienia piersią kilkumiesięcznego Jezuska, Maryja w najlepsze pielgrzymuje na Święto Paschy (Łk 2, 41). Mówimy przecież o skończonej odległości pomiędzy Nazaretem a Jerozolimą, a jest ona podobna do tej, jaka istnieje pomiędzy Krakowem a Zakopanem. Pątników chętnie nocowano w okolicznych domostwach i jeśli omijano tereny Samarytan, to taka podróż nie była żadną uciążliwością, nawet dla licznej rodziny. Poza tym to nie rodzeństwo Jezusa jest w centrum uwagi tej perykopy, a budzenie się powołania młodego Nazarejczyka.

– Ewangelia według św. Jana

Ewangelia św. Jana w trzech miejscach odnosi się do rozważanej kwestii. Po raz pierwszy, w tej Ewangelii, spotykamy braci Jezusa wraz z Jego Matką na weselu w Kanie Galilejskiej (J 2, 1 – 12). Na uroczystości tej przebywa również Nazarejczyk wraz ze swoimi uczniami. Maryja prosi wtedy swojego Syna o cud, a On odpowiada jej słynnym: Quid mihi tibi est, mulier? (Czego chcesz ode Mnie, Niewiasto?).

Ben – Chorin czyni w związku z tym następującą uwagę: „ Jeśli któreś ze słów Jezusa są autentyczne, to zapewne te twarde i tak jawnie nieuzasadnione słowa karcące matkę, którą publicznie kompromituje, gdyż kto miałby takie słowa zmyślić?” (cyt. za: W. Fricke, „Ukrzyżowany w majestacie prawa: osoba i proces Jezusa z Galilei”, Uraeus 1996, s. 101).

Chociaż tradycja Janowa nie powołuje się na synoptyczne odrzucenie rodzinnych więzów krwi na rzecz duchowej rodziny słuchaczy z Kafarnaum, to jednak charakter zwrotów Jezusa do Matki, wydaje się być z tą tradycją zbieżny: Jezus nie nazywa Maryi Matką, a stosuje do niej określenie identyczne z tym, które używa u św. Jana na oznaczenie Samarytanki (J 4, 21), czy też w tradycji synoptycznej na rzecz obcej, uzdrawianej kobiety (Łk 13, 12). W dialogu tym czuć rezerwę i daleko posunięty dystans pomiędzy obiema postaciami: Maryja oddana ziemskim sprawom i Jezus oddany niebiańskiemu posłannictwu. Sytuacja zatem w rodzinnym domu Jezusa była pełna napięć – również pomiędzy rodzeństwem, zanim zaakceptowało ono posłannictwo swojego krewnego:

Rzekli więc do niego bracia jego: Odejdź stąd i idź do Judei, żeby uczniowie twoi widzieli dzieła, które czynisz. Nikt bowiem nic w skrytości nie czyni, jeśli chce być znany. Skoro takie rzeczy czynisz, daj się poznać światu. Bo nawet bracia jego nie wierzyli w niego. Wtedy Jezus powiedział do nich: Czas mój jeszcze nie nadszedł, lecz dla was zawsze jest właściwa pora. Świat nie może was nienawidzić, lecz mnie nienawidzi, ponieważ Ja świadczę o nim, że czyny jego są złe. Wy idźcie na to święto; Ja jeszcze nie pójdę na to święto, ponieważ mój czas jeszcze się nie wypełnił. To im powiedział i pozostał w Galilei. A gdy bracia poszli na święto, wtedy i On poszedł, nie jawnie, lecz jakby po kryjomu (J 7, 1 – 10).

Jezus pielgrzymuje zatem do Jerozolimy nie z własną rodziną (rodzeństwem), ale niejako na swoją rękę. Z tekstu wyraźnie wynika, że bracia Jezusa mieszkają wraz z Nim w jednym domu, a wcześniej wielokrotnie pielgrzymowali wspólnie do Świątyni.

Tradycja Janowa zna również niewiarę braci Jezusa w Jego misję, a Nazarejczyk właśnie z tą wiarą w siebie wiąże zbawienie.

A to jest wola Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w niego, miał żywot wieczny, a Ja go wzbudzę w dniu ostatecznym (J 6, 40).

Dlatego też na Krzyżu powierza swoją Matkę umiłowanemu uczniowi, a nie pozostawia Jej braciom nie wierzącym w Niego (J 19, 25 – 27). W tradycji żydowskiej apostaci – a takimi są bracia Jezusa w Jego oczach – nie mogli godnie wypełniać swoich obowiązków, zwłaszcza wobec Matki, o której zbawienie Syn miał obowiązek zadbać.

Ewangelia według św. Jana podaje nam zupełnie inną niż synoptyczna listę niewiast pod Krzyżem:

A stały pod krzyżem Jezusa matka jego i siostra matki jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena (J 19, 25).

Św. Jan jest pod tym względem zadziwiający, ponieważ ani razu w swojej Ewangelii nie nazywa Matki Jezusa Marią, a w tej sekwencji wręcz przeczy tradycji synoptycznej identyfikując to imię z Jej siostrą. Czy zatem w jednym domu dwie siostry, mogły zostać obdarzone jednakowym imieniem? Nie można wykluczyć, że taki przypadek nastąpił w jakiejś żydowskiej rodzinie: wśród ludów semickich, a zdarza się to często do tej pory w wielodzietnych rodzinach muzułmańskich, roi się od rodzeństwa noszącego to samo imię. Bliżej naszych czasów, w trakcie Wojny Sukcesyjnej Austriackiej (1741 – 1748), na przeciw siebie stanęły dwie siostry: Maria Józefa i Maria Amelia – przykłady takie można mnożyć.

Zredagowana około II wieku Ewangelia Filipa zdaje się wspierać zupełnie inną interpretację:

Trzy szły z Panem cały czas: Maryja, Jego matka, Jego siostra i Maria Magdalena – ta, którą nazywano Jego towarzyszką. Zatem były trzy Marie – Jego matka, Jego siostra i Jego towarzyszka (Ewangelia Filipa 32).

Według tej tradycji za Jezusem szła: Jego Matka, Jego siostra i ulubiona uczennica Maria Magdalena.

Biorąc pod uwagę przepaść czasu dzielącą relację św. Marka od relacji św. Jana, skłonni bylibyśmy uznać z góry, że narracja św. Jana nie ma żadnej wartości historycznej i poznawczej w porównaniu z najstarszym synoptykiem. Byłby to wszakże osąd nie do końca sprawiedliwy. Przypuszcza się bowiem, że św. Jan redagując swoją tajemniczą Ewangelię oparł się na bardzo wczesnym i zaginionym źródle, tj. Ewangelii Znaków, która była pismem niezależnym od tradycji synoptycznej. Nieoczekiwanie wsparł św. Jana Hegezyp, donosząc:

A po męczeństwie Jakuba Sprawiedliwego… został biskupem ustanowiony Szymon, syn stryja Chrystusowego, Kleofasa (HE 4, 22, 8).

Zatem mąż siostry Maryi, niejaki Kleofas, spłodził Szymona, kuzyna Jezusa, który został następcą Jakuba, brata Jezusa, po jego męczeńskiej śmierci.

Otóż pierwszy był Jakub, zwany bratem Pańskim, drugi po nim był Szymon (HE 4, 5, 3).

I teraz następuje kluczowy dla naszych rozważań fragment. Jak zapewne każdy zauważył, Hegezyp precyzyjnie określił pokrewieństwo Szymona i czy w takim razie nazywał on go kuzynem, czy też bratem Pańskim?

I oto wszyscy jednomyślnie oświadczyli, że Szymon, syn Kleofasa, o którym wspomina również Ewangelia, godzien jest otrzymać stolicę tamtejszego zgromadzenia; miał on być KUZYNEM ZBAWICIELA, Hegezyp bowiem opowiada, iż Kleofas, był bratem Józefa (HE 3, 11, 1).

Zagadka wydaje się być rozwiązana: Maria jest nazywana siostrą Matki Jezusa, ponieważ kobieta o tym imieniu została żoną brata Józefa, nazywanego przez św. Jana i Hegezypa – Kleofasem, dlatego też – prawdopodobnie – mogła nosić to samo imię, a Szymon w tym układzie jest kuzynem Jezusa ze strony Jego przybranego ojca Józefa.

Niektórzy apologeci Dziewictwa Maryi uważają, że Jakub Sprawiedliwy, zwany bratem Pańskim jest synem Marii i Alfeusza, który ma być identyczny z Kleofasem. Jak widać taka identyfikacja nie jest możliwa, nigdy Alfeusz nie jest nazywany Kleofasem i vice versa; Euzebiusz, za Hegezypem, nazywa Jakuba bratem Jezusa i synem Józefa, a Szymona nazywa kuzynem Jezusa i synem Kleofasa.

Dzięki Ewangelii św. Jana oraz relacji Hegezypa wzrosło prawdopodobieństwo, że synoptyczna kobieta – Maria matka Jakuba i Jozesa, to również Matka Jezusa.

d) Autentyczność perykop ewangelicznych

Nie wszystkie przekazane nam historie w Ewangeliach zdarzyły się naprawdę. Ks. Meier stosuje do ustalenia autentyczności opowiadań m.in. kryterium zażenowania oraz kryterium wielokrotnego poświadczenia w źródłach, pomiędzy którymi nie zachodziła filiacja. Dlatego też konflikt pomiędzy Nazarejczykiem a Jego Rodziną ksiądz zalicza do zdarzeń, które odzwierciedlają prawdziwe relacje pomiędzy Matką i rodzeństwem a historycznym Jezusem. Umieszczenie takiej tradycji przez ewangelistów na pewno nie poprawiało wizerunku ich Mistrza, a z kolei o konflikcie zgodnie donoszą synoptycy i św. Jan.

Ewangelista Jan wprowadza symboliczną scenę ofiarowania Matki Jezusa umiłowanemu uczniowi:

A gdy Jezus ujrzał matkę i ucznia, którego miłował, stojącego przy niej, rzekł do matki: Niewiasto, oto syn twój! Potem rzekł do ucznia: Oto matka twoja! I od owej godziny wziął ją uczeń do siebie (J 19, 26 – 27).

Większość badaczy jest zgodna z tym, że nie jest to rzeczywista relacja z męki. Zupełnym nieprawdopodobieństwem jest przyjęcie założenia, że Rzymianie pozwoliliby buntownikowi rozmawiać ze swoim uczniem w trakcie egzekucji. Dowodzący żołnierz mógłby przecież założyć, że Jezus wydaje jakieś ostatnie polecenia, które mogą być wymierzone w Rzymian. Synoptycy postrzegają to wydarzenie zupełnie inaczej:

Były też niewiasty, które się przypatrywały z daleka, między nimi Maria Magdalena i Maria, matka Jakuba Mniejszego, i Jozesa, i Salome (Mk 15, 40).

Starsza warstwa trzyma zatem kobiety z daleka od miejsca egzekucji, i to jest najbardziej prawdopodobna relacja. Za stworzeniem przez św. Jana sceny pod Krzyżem, stały zapewne względy teologiczne, a nie historyczne.

Opowieść św. Łukasza, o zagubieniu się Jezusa w Świątyni, także wydaje się być częścią tworzenia zadziwiającej autobiografii Nazarejczyka. Takie opowieści odzwierciedlają prawdopodobnie jedynie wierzenia chrześcijan z końca I w. po Chr. i spotykamy je w większości biografii starożytnych ludzi; nawet sam historyk Józef Flawiusz przytacza podobny epizod ze swojego dzieciństwa, pozbawiony jednak boskiego elementu, który miał mu się przydarzyć w wieku czternastu lat.

Teolodzy utrzymują, że Maryja, nie posiadała już więcej dzieci po Jezusie, ponieważ złożyła śluby dziewictwa. Małżeństwo z Józefem było tylko formalne i nie miało na celu prokreacji. Należy od razu podkreślić, że posiadanie dzieci dla Żydówki w tamtym okresie było powodem do dumy, a ich brak był powodem hańby (Łk 1, 25). Nie znamy przypadku takiego ślubowania w Biblii hebrajskiej. Teza ta jest nie do obrony, co przyznaje również strona optująca za tradycyjnym ujęciem tego tematu:

Wprawdzie w Qumran spotykamy żyjących w stanie bezżennym, ale były to zawsze wspólnoty, a nie małżeństwa i nie można się powoływać na nie jako wzór dla Maryi i Józefa. Ich dziewicze małżeństwo to następstwo specjalnego powołania Bożego (ks. R. Bartnicki, ” Ewangelia Dziecięctwa Jezusa w aspekcie kerygmatycznym”, Śląskie Studia Historyczno – Teologiczne XIII, 1980, s. 216).

Przekładając to na język bardziej zrozumiały: duchowny chce powiedzieć, że złożenie takich ślubów byłoby po prostu cudem.

Historycy są oskarżani, że w swoich opracowaniach nie biorą pod uwagę możliwości zaistnienia cudu. Cud już z samej definicji jest najmniej prawdopodobnym zdarzeniem i historyk zawsze powinien starać się brać go pod uwagę, dopiero w sytuacji, w której nie jest w stanie w inny racjonalny sposób poradzić sobie z wytłumaczeniem jakiejś sytuacji. Dopuszczenie możliwości cudownych zdarzeń nie ułatwiłoby pracy historykom, ponieważ jak miałby pracować badacz dopuszczający ponad-naturalne zdarzenia, gdyby zetknął się z takim tekstem Tytusa Liwiusza (59 r. przed Chr. – 17 r. po Chr.):

W społeczeństwie pełnym podniecenia wskutek tak wielkiego napięcia wojennego… meldowano o wielu znakach wróżebnych. W Tarracynie piorun uderzył w Świątynię Jowisza, a w Satrykum w Świątynię Matki Matuty… Poza tym mówiono, że w Albie widziano dwa słońca, a we Fregellach jasny dzień powstał wśród nocy. Na terenie pól przynależnych do Rzymu przemówił wół. Ołtarz Neptuna w Cyrku Flaminiusza ociekał obficie krwią… We Fruzynonie przyszło na świat jagnię z głową świni, a w Syneusie wieprz z głową ludzką (Tytus Liwiusz, Dzieje Rzymu od założenia miasta, red. O. Jurewicz, Ossolineum, s. 24 – 25).

To teolog jest w zupełnie innym położeniu, ponieważ treści, które promuje są nie tylko wyrazem prawdopodobieństwa, ale tworzą podstawy wiary i ją wyjaśniają. Dlatego ks. Meier nie został potępiony za poglądy, które wyraża, a Hans Kung, teolog, został upomniany przez Kongregację Nauki i Wiary:

Pomniejszanie Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, znajdują się ponadto w innych książkach opublikowanych przez profesora H. Kunga, z niewątpliwym uszczerbkiem dla różnych istotnych prawd wiary katolickiej (na przykład dotyczących „współistotności” Chrystusa z Ojcem i Błogosławionej Dziewicy Maryi), ponieważ jest im nadawane inne znaczenie niż to, które przyjął i rozumie Kościół (Kongregacja Nauki i Wiary, Deklaracja o niektórych aspektach nauczania teologicznego profesora Hansa Kunga, Christi Ecclesia: Rzym – siedziba Świętej Kongregacji Nauki i Wiary, 15 grudnia 1975).

Za bardzo zbieżne twierdzenia ks. Meier dostaje imprimatur, a teolog, H. Kung ze swoimi poglądami musi pozostać poza Kościołem – to różnica pomiędzy twierdzeniami historycznymi a teologicznymi. Te pierwsze nie są wiążące dla teologii i dogmatyki Kościoła – warto o tym pamiętać!

II) Ks. Meier w ogniu krytyki

a) Polskie echo

W Polsce prace ks. Meiera są znane jedynie wąskiemu gronu specjalistów, do tej pory nie doczekaliśmy się polskiego wydania monografii księdza, która została opublikowana już w większości języków świata i wszędzie stała się bestsellerem. Niemniej jednak nawet w naszym kraju, ks. Meier już został zaatakowany przez Pawła Lisickiego, a zdecydowanie w jego obronie musiał  stanąć ks. Krzysztof Paczos (zob. Portal Płock, Awantura o Jezusa. Czy jest ich dwóch? [ dostęp: 19:04, 10. 02. 2014], http://www.portalplock.pl/pl/334_informacje/6230_awantura_o_jezusa_czy_jest_ich_dwoch.html). Mamy więc przedsmak tego, co może wydarzyć się, gdy poglądy ks. Meiera staną się znane szerszemu gronu czytelników.

Autor omawianego artykułu z przekąsem zauważył:

W kuluarowych komentarzach po zakończonym spotkaniu, dało się słyszeć zdumienie uczestników, ze to świecki publicysta musiał niejako bronić tradycyjnego nauczania Kościoła na temat boskości Jezusa oraz dogmatu o dziewictwie Maryi (Tamże).

Tak jakby autor artykułu nie wiedział, że ks. Meier swoje wnioski oparł na źródłach, a zatem nie mógł on kłamać tylko i wyłącznie dla dobra sprawy: jest on historykiem, ale i także chrześcijaninem. Jak mówi Katechizm kościoła katolickiego, artykuł 2486:

Kłamstwo (ponieważ jest wykroczeniem przeciw cnocie prawdomówności) jest prawdziwym wykroczeniem przeciw drugiemu człowiekowi. Dotyka jego zdolności poznawania, która jest warunkiem każdego sądu i każdej decyzji.

Jeśli zatem ks. Meier – podchodząc do tematu zapewne całkiem szczerze – doszedł do takich a nie innych wniosków, to nie można z tego powodu robić mu żadnych zarzutów, ponieważ ma on obowiązek mówić prawdę. Należy wykazać, iż myli się on w swoich wnioskach i przedstawić mu logiczną argumentację na to, że pisma Nowego Testamentu nauczają o dziewictwie Matki Bożej, a pierwsze generacje chrześcijan, których poglądy znamy z listów włączonych w skład Pisma Świętego, podkreślają ten fakt i czynią z niego ważną część ich przesłania.

b) Vittorio Messori kontra ks. Meier

Pod ogniem ostrej krytyki tezy ks. Meiera znalazły się w publikacji V. Messoriego Opinie o Maryi (Fronda 2007). Warto jednak zaznajomić się z tą krytyką, albowiem zachodzi poważna obawa, iż polemika ta osiągnęła bardzo niski poziom intelektualny, merytoryczny, a nawet zeszła – moim zdaniem – z granic dobrego smaku. Spójrzmy w jaki sposób próbuje polemizować nadworny apologeta „ortodoksów”:

`Wał ochronny jakby przełamał się. Każdy w łonie tego samego Kościoła myśli, że ma prawo do wypowiadania swego „według mnie”. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku (na tych, którzy są w moim wieku, robi wciąż wrażenie nazywać tak XX wiek), bodaj największym dziełem chrystologii historycznej, ogłoszonym natychmiast klasyką i przetłumaczonym na najważniejsze języki, była opasła praca w kilku tomach pod tytułem Jesus: a Marginal Jew, „Jezus: Żyd pospolity”. Uwaga, kim jest autor: można o nim powiedzieć wszystko, z wyjątkiem tego, że był „pospolity”. Przepisuje notę biograficzną umieszczoną na obwolucie: „John P. Meier, kapłan katolicki, wcześniej profesor Nowego Testamentu w Catholic University of America w Waszyngtonie, obecnie profesor Nowego Testamentu w Notre Dame University stanu Indiana. Były przewodniczący Catholic Biblical Association oraz redaktor naczelny przeglądu Catholic Biblical Quarterly. Prawdopodobnie najznakomitszy znawca Biblii swego pokolenia”.Może być ktoś lub coś bardziej „katolickie” i bardziej autorytatywne niż ów profesor, wielebny John P. Meier? Na tej samej obwolucie znajdują się krótkie opinie innych sław uniwersytetów oraz instytutów oficjalnie podległych Rzymowi, wyrażających swój entuzjazm. W miejscu podziękowań wyrażanych przez autora, w amerykańskim stylu, zamieszczona jest długa lista nazwisk, reprezentujących elitę znawców nauk biblijnych, nie tylko z USA. Wydanie włoskie zostało przygotowane przez wydawnictwo należące do pewnego zgromadzenia zakonnego, więc propozycja zdaje się, w sposób oczywisty, przekonująca.

Dlatego też przeraża – użyty czasownik nie wydaje mi się przesadzony – w jaki sposób ten słynny akademik Notre Dame University, ów czołowy ideolog Kościoła amerykańskiego, kończy dwadzieścia pełnych stronic, poświęconych zagadnieniu, na którym się teraz skupimy: „Jeśli – pomijając wiarę oraz sukcesywne nauczanie Kościoła – historyk czy egzegeta zostanie poproszony o wyrażenie swej opinii o Nowym Testamencie i tekstach patrystycznych, które przebadaliśmy, uznawanych zazwyczaj jako źródła historyczne, wówczas najbardziej prawdopodobną hipotezą będzie ta, że bracia i siostry Jezusa byli prawdziwymi braćmi”. A więc wewnątrz rozdziałów tego imponującego dzieła „najbardziej prawdopodobna hipoteza” przemienia się w pewność: Meier przewiduje, że w domu nazaretańskim wraz z rodzicami było przynajmniej siedmioro dzieci, jeśli nie więcej, jako owoc normalnych stosunków małżeńskich. Wisienką na owym przerażającym torcie jest kościelne imprimatur, przyznane 25 czerwca 1991 roku przez wielebnego Patricka Sheridana, wikariusza generalnego diecezji New York. Takie zdają się być przekonania klerykalnej inteligencji, która mimo wszystko, uważa się za katolicką (i uzyskuje od biskupów „sprawdzone, można drukować” lub przynajmniej pochlebne wprowadzenie), ustawiając się razem w szeregu z kolegami protestantami… Lecz co niepokoi i zaskakuje, to fakt, że bibliści i teologowie katoliccy zdają się nie pojmować prawdy oczywistej: zamiana rodziny z Nazaretu na jakąkolwiek inną, w której podejmuje się współżycie i płodzi dzieci, nie jest wcale czymś drugorzędnym i nieistotnym, jakby to była taki sobie głupotka, mogąca zainteresować jedynie jakiegoś dewota, przywiązanego do oleodruków Świętej Rodziny. Niepokoi, powtarzam, i zaskakuje, bowiem jeśli ci, o których mówi Nowy Testament, mieliby być naprawdę braćmi, zrodzonymi przez to samo łono, z którego wyszedł Jezus, nie tylko zaprzeczyłoby się całej Tradycji, lecz nadto usunęłoby się jeden z elementów fundamentu budowli, jaką jest wiara katolicka. Więcej nawet: chrześcijańska – biorąc pod uwagę, że prawosławni negowanie niepokalanej czystość Theotókos uznają za jedną z „aberracji Zachodu”, której nie są w stanie zrozumieć i która budzi w nich wstręt. A, jak powiedziałem, podobna negacja obudziłaby gniew ojców reformacji. Wreszcie sprowokowałaby, jak już gdzie nie gdzie widzieliśmy, irytację samych muzułmanów, którzy nic, tylko porwaliby za kamienie, by ukamienować bluźniercę zaprzeczającego wiecznej i całkowitej czystości Matki Jezusa, przedostatniego wielkiego Proroka, Błogosławionego, który przygotowuje drogę Mahometowi` (V. Messori, Opinie o Maryi, Apologetyka [dostęp: 13:17, 01. 06.2010], http://www.apologetyka.katolik.pl/odnowa-kosciola/forum-teologiczne/86/1327-opinie-o-maryi-rodzial-l )

V. Messori najpierw próbuje przeciwstawić wykształcenie ks. Meiera Jezusowi, który – według niego –  nie jest tak pospolity jak Żyd, którego opisuje. Następnie stara się sprowadzić problem podważania historyczności Dziewictwa Matki Jezusa jedynie do poglądu, który wyraża inteligencja katolicka, a która w przeciwieństwie do dewotów, czyli pobożnego ludu podziela pogląd protestantów. By nadać tym kalumniom jakiegoś dramatyzmu, wszyscy zostają przez niego ostrzeżeni możliwymi sankcjami (ukamienowanie) ze strony wyznawców islamu. Zapewne byłoby to rozwiązanie tej kwestii najszybsze i niewymagające jakichkolwiek argumentów merytorycznych, a zapewne w krótkim czasie doprowadziłoby to do momentu, w którym istnieliby tylko ludzie wyznający jedyny i słuszny pogląd. Na szczęście nie ma już powrotu do tych wymarzonych przez niektóre osoby czasów.

W jaki sposób V. Messori odnosi się do samych argumentów ks. Meiera?

Pierwsza wzmianka w chrześcijańskich tekstach, lecz nie apokryficznych, znajduje się ok. 160 roku u Egezypa, który dobrze znał palestyńską rzeczywistość (stamtąd pochodził i znał niektórych potomków rodziny Jezusa) i który wspomina, że przynajmniej jeden z „braci” był w rzeczywistości kuzynem. A zatem takimi mogli być i pozostali. Egezyp wyjaśnia to jednym zdaniem wtrąconym bez śladu dyskusji czy sprzeciwu, sprawiając wrażenie kogoś, kto powtarza coś, o czym wszyscy dobrze wiedzą. Przez kolejne dwa wieki, a nawet więcej, nie ma bowiem żadnych problemów, aż do ok. 380 roku, gdy pojawia się książeczka pewnego Elwidiusza, ciemnoskórego laika. Wdał on się w płomienną dysputę na temat wyższości celibatu zakonnego nad małżeństwem Wybuch fenomenu życia mniszego (niemalże jako czegoś w zastępstwie męczeństwa), po wprowadzeniu wolności przez Konstantyna, zaowocował przewartościowaniem dziewictwa i taką nieufnością wobec stosunków małżeńskich, iż wzbudziło to żywą reakcje. Pamflet Elwidiusza wpisywał się w tę polemikę i „opierał się nie na starej Tradycji, lecz na pewnej egzegezie Nowego Testamentu, całkiem pomylonej, uprawianej po dyletancku”. To słowa Blinzlera. To, do czego dążył ciemnoskóry polemista, to zbicie argumentów zwolenników wyższości dziewictwa poprzez wykazanie, że również Józef i Maryja założyli rodzinę, w której, poza Pierworodnym, mieli jeszcze wiele innych dzieci. Nie opierał się on zatem na pogłębionych tekstach wiary, ale na z góry ukierunkowanej tezie, przeznaczonej do obrony własnego stanowiska (Tamże).

Tutaj właśnie rozpoznajemy słabość argumentacji Messoriego, albowiem rzeczywiście Hegezyp odróżnia kuzyna od brata – o tym właśnie donosił ks. Meier – i Jakuba, właśnie nazwał „bratem”, a nie „kuzynem”. Przecież od Euzebiusza z Cezarei, bo to właśnie on cytuje Hegezypa, dowiadujemy się o dalszych kolejach losu rodziny brata Jezusa, Judy:

Z rodziny Pańskiej żyli jeszcze wnukowie Judy, tak zwanego brata Pańskiego według ciała (HE 3, 20, 1).

Problemu dziewictwa Matki Pana nie było w II w. po Chr., ponieważ najstarsi pisarze wczesnochrześcijańscy po prostu go nie znali. Ignacy Antiocheński i św. Justyn twierdzili jedynie, że Jezus narodził się z Dziewicy (por. Ignatius Antiochenus, Ad Ephesios 18, 2; 19, 1; Ad Smyrneos 1, 1; Justinus Martyr, Dialogus cum Tryphone 23, 3; 48, 2-3; 78, 3; 84, 1-2; 100, 3; 113, 4; 120,1). Poglądy Hegezypa na tę sprawę już znamy, a św. Ireneusz twierdził, że Jezus powstał z Maryi, która dotąd była Dziewicą (ex Maria quae adhuc erat Virgo), co wyraźnie sugeruje, iż Lyończyk zakładał jej Dziewictwo jedynie do czasu zrodzenia Zbawiciela (św. Ireneusz, Adversus hereses III 21, 10). Stanowisko to podzielał Orygenes (por. In Lucam hom. 14, 7; zob. M. Starowieyski, Mariologia Orygenesa , PSP 36, 5-29, spec. s. 13-20 [Bogurodzica Dziewica]; C. Vagaggini, Maria nelle opere di Origene, Roma 1942; H. Crouzel, La théologie mariale d’Origène, SCh 87, Paris 1962, s. 11-64). Klemens Aleksandryjski nieco rozszerzył to pojęcie, uznając dziewictwo Maryi za nie naruszone ante partum, ale też in partu, na co miała niewątpliwie wpływ literatura apokryficzna (por. Stromata VII 93, 7 – 94, 1, tłum. J. Niemirska-Pliszczyńska: Klemens Aleksandryjski, Kobierce II, Warszawa 1994, s. 295). Tymczasem – Messori – stara się wmówić czytelnikowi, że „ciemnoskóry” egzegeta Helwidiusz (kolor skóry Messori podkreślił dwukrotnie), wpadł na ten pomysł dopiero w IV wieku i polemikę z nim musiał podjąć – od niechcenia – „aryjczyk” św. Hieronim, który położył ciemnoskórego na łopatki.

Pierwszy historyk Kościoła Euzebiusz z Cezarei napisał:

Wówczas też Jakub, zwany bratem Pańskim, – bo i jego nazywano synem Józefa, Józef zaś uchodził za ojca Chrystusa, a zaślubiona mu Dziewica, zanim jeszcze zamieszkali ze sobą, znalazła się z Ducha Świętego…w stanie błogosławionym (HE 2, 1, 2).

Euzebiusz z Cezarei zatem podkreślił, że Maryja znalazła się w ciąży, zanim zamieszkała z Józefem – to właśnie odróżnia od siebie Jezusa i Jakuba: pierwszy narodził się w sposób dziewiczy, a drugi dopiero po ich wspólnym zamieszkaniu. Nic też nie wskazuje, żeby sama Maryja była stawiana przez wszystkich wczesnych ojców Kościoła za wzór postępowania dla chrześcijan. Św. Paweł w ogóle o Niej nie wspomina nadmieniając jedynie, że Jezus narodził się z Niewiasty – co nie jest zbyt odkrywcze, Tertulian wskazywał, że Jezus potępił niewierność Maryi (Tertulian, De Carne Christi VII), a Jan Chryzostom, komentując zdarzenie z Kafarnaum, stwierdził:

To co Maryja chciała uczynić, umotywowane było Jej wybujałą ambicją; pragnęła Ona pokazać zebranym ludziom swą władzę nad Synem. Nie miała jeszcze pojęcia o Jego wielkości (Jan Chryzostom, Homilia XLIV in Matt.)

Gdyby Messori poświęcił trochę swojego czasu to mógłby z łatwością odkryć, że droga Matki Jezusa z Nazaretu do Matki Boga z Efezu nie biegła w prostej linii, a czarny Helwidiusz nie był koszmarem, który pojawił się w IV wieku, a ks. Meier nie jest skandalistą, lecz wybitnym naukowcem, który w swoich dociekaniach nie kieruje się kolorem skóry, swoimi poglądami lub też swoim chciejstwem, lecz stosuje twardą metodologię historyka, która może – choć nie musi – prowadzić do wniosków, do których on sam – być może – nie chciałby dojść.

Messori wciąż podtrzymuje argumentację św. Hieronima, ale co to znaczy? Należy zaznajomić się z tokiem rozumowania starożytnego egzegety: Jakub, brat Pański jest zaliczany do Apostołów (Ga 1, 19), a jeśli słowo Apostoł odnosi się tylko do Dwunastu, to w tej grupie należy szukać Jakuba. Św. Hieronim nie próbuje go łączyć z Jakubem, synem Zebedeusza, ponieważ jak mówią Dzieje Apostolskie (12, 2), jego egzekucja nastąpiła przed wydarzeniami, o których mówi św. Paweł (Ga 1, 19). Co prowadzi go do wniosku, że Jakuba, brata Jezusa należy utożsamić z drugim Apostołem Jakubem, synem Alfeusza. Św. Hieronim łączy też dwa ważne wersety ze sobą: Czyż nie jest to ów cieśla, syn Marii, i brat Jakuba, i Jozesa (Mk 6, 3), z kobietą patrzącą na Mękę Jezusa: Marią matką Jakuba i Jozesa (Mk 15, 40). Wyprowadza z tych powiązań następujący wniosek: Jakub, brat Pański – Jakub, syn Alfeusza oraz Jakub Mniejszy to te same postacie. W końcu łączy to wszystko z kobietami wymienionymi w Ewangelii według św. Jana (19, 25), które występują tam w następującej kolejności: Matka Jezusa, siostra Matki Jezusa – Maria, żona Kleofasa i Maria Magdalena. Argumenty te przekonują go do tego, że Jakub jest synem siostry Matki Jezusa Marii, a więc jest Jego kuzynem, nie bratem. Św. Hieronim niezgodność pomiędzy synoptycznym Alfeuszem, a Janowym Kleofasem sztucznie harmonizuje twierdząc, że Kleofas to Alfeusz. Jakub jest nazywany bratem, ponieważ język hebrajski nie znał precyzyjnego określenia na oznaczenie „kuzyna” i za pomocą słowa „bracia” wyrażano różne koligacje rodzinne.

Skupmy się wstępnie na ostatnich akordach tej mętnej argumentacji. Odpowiedź jaką dał na nią polski badacz Jezusa historycznego, filolog Dariusz Kot, nie nastraja optymistycznie do takich zabiegów:

„Brak stabilności cechuje hebrajskie `ach, nie zaś greckie adelphos. Jak pisze bez owijania w bawełnę Kilmon, paleolog `posługiwanie się starotestamentalnym hebrajskim idiomem, aby interpretować kontekst nowotestamentalnej greki jest absurdem`…Powyższe analizy są imponujące: omawia się bardzo szczegółowo aż dziewięć różnych układów pokrewieństwa. I właśnie ta gruntowność w zakresie przedstawionego materiału obraca się przeciwko końcowym wnioskom – gdy tylko uświadomimy sobie, że temu bogactwu materiału ze Starego Testamentu nie towarzyszy…ani jeden przykład z Nowego…Czym można tłumaczyć, że słowa ADELPHOS zachowało swą stabilność w NT, pomimo jej utraty w tłumaczeniach ST z hebrajskiego? Zacznijmy od uświadomienia sobie, że Septuagintę i Nowy Testament rozdzielają trzy stulecia: trzy stulecia greckiego wpływu na kulturę semicką. Kilmon przede wszystkim podkreśla jednak fakt, że NT ` został napisany w grece jako swym ORYGINALNYM języku`. Greka – inaczej niż języki semickie – posiadała rozbudowane nazewnictwo na inne, niż brat relacje pokrewieństwa, w związku z czym pisząc od razu po grecku, autorzy NT mogli bez problemu używać dokładnych określeń stopnia pokrewieństwa. Gdy ktoś np. był kuzynem, nazywano go kuzynem, nie bratem (por. Kol 4, 10 gdzie w tłumaczeniu z języków semickich mielibyśmy zapewne ADELPHOS, natomiast w tekście pisanym od razu po grecku mamy dokładne ANEPSIOS, kuzyn). Podobnie ADELPHOS używany do opisu braci Jezusa, to bardzo precyzyjna greka i oznacza z tego samego łona… Podobnie jak w przypadku słów ADELPHOS i ANEPSIOS, piszący po grecku autorzy mieli klarowny wybór pomiędzy PROTOTOKOS (pierwszy urodzony) i MONOGENES (jedyny urodzony). Gdyby Jezus nie miał rodzonych braci, zostałaby użyta forma taka, jak w znanym fragmencie J 3, 16, gdzie mowa nie o Jezusie – synu Maryi, lecz o Jezusie Synu Boga: Ponieważ Bóg tak umiłował świat, że dał swego jednorodzonego (monogenh) Syna, aby każdy, kto w niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. W moim przekonaniu, Jezus w pismach Nowego Testamentu to jedyny Syn Boga i pierwszy z synów Marii” (D. Kot, Bracia Jezusa, Kosciol.pl [dost. 27. 06. 2006, 22:07:19], http://www.kosciol.pl/article.php/20060616100719999 ).

Świadectwa pozabiblijne też nie potwierdzają tezy jakoby braćmi Pańskimi byli kuzyni Jezusa: wspomniany już historyk żydowski, Józef Flawiusz, nazywa Jakuba, bratem Jezusa, a pierwszy historyk Kościoła Euzebiusz z Cezarei pisze w swym dziele o Jakubie, zwanym bratem Pańskim – bo i jego nazywano synem Józefa (Ant 20, 200; HE 2, 1, 2). Założenie, że funkcja Apostoła odnosi się tylko do Dwunastu, jest nie do utrzymania, ponieważ tym mianem określano św. Pawła, Barnabę, Sylasa, Andronika i Junię (Dz 14, 4. 15, 22; Rz 1, 1. 16, 7; 1 Kor 1, 1. 9, 6; 2 Kor 1, 1; Ga 1, 1) – a jeśli tak, to cała wyjściowa argumentacja św. Hieronima upada. Tym bardziej, że w świetle najnowszych badań historyczno – krytycznych prowadzonych przez profesora egzegezy Nowego Testamentu Joachima Gnilkę, wynika, że w czasach św. Pawła, a także w tradycji wczesnochrześcijańskiej Dwunastu nie nazywano Apostołami!!!

Trzeba też zwrócić uwagę na to, że w najstarszych warstwach tradycji nazywa się ich nie „dwunastu Apostołów”, lecz po prostu „Dwunastu”… Mk zawsze mówi tylko o Dwunastu. Słowo „Apostoł” występuje jedynie w 6, 30, ale nie jest ono tam jeszcze terminus technicus. Dopiero „Dzieje” Łukasza konsekwentnie rozwijają koncepcję dwunastu Apostołów (J. Gnilka, Pierwsi chrześcijanie. Źródła i początki Kościoła, Kraków 2004, s. 240).

Głównym założeniem św. Hieronima była identyfikacja Jakuba jako Apostoła, a następnie powiązanie go z Jakubem z Dwunastu – jest to błąd. Jakub Apostoł powinien być poszukiwany poza Dwunastką: zatem Jakub, syn Alfeusza nie jest Jakubem, bratem Pańskim.

Przed 383 r. nikt nigdy w pismach ojców Kościoła nie wyjaśniał tego problemu aż w tak zawiły sposób. Wszystko to świadczy jedynie o tym, że wyżej wymieniona teoria została ukształtowana tylko po to, by uprawdopodobnić Dziewictwo Maryi. Właśnie ten materiał dowodowy, świadczący o tym, że Jezus miał rodzeństwo, jest na tyle przytłaczający, iż katolicki ksiądz John Meier uczciwie przyznał, że pisma wczesnochrześcijańskie czytane jako źródła historyczne, w zwykły sposób, pomijający późniejszą tradycję, prowadzą do twierdzenia, że bracia i siostry Jezusa byli prawdziwym rodzeństwemi że gdyby św. Paweł miał na myśli kuzyna, a nie brata, użyłby zapewne słowa „anepsios” w Liście do Galacjan i w Liście do Koryntian, zamiast „adelphos” (s. 326).

Wyraźnie już widać, że apologeci Dziewictwa Maryi coraz bardziej gubią się pod naporem faktów w swoich coraz bardziej skomplikowanych i – nie bójmy się użyć tego słowa – niedorzecznych teoriach. Messori przywołuje nową hipotezę, która ma uratować Dziewictwo Maryi oraz rozwiązać wszelkie problemy, które nasuwają się przy tradycyjnym ujęciu tego tematu:

Obecny punkt widzenia uściśla Gianfranco Ravasi. Jego ranga jako biblisty zarazem otwartego i prawowiernego nie potrzebuje potwierdzenia: „W Nowym Testamencie «bracia» oznaczają grupę ściśle określoną. Są to uczniowie związani z nazaretańskim klanem Jezusa. Tworzyli oni rodzaj szczególnej wspólnoty, mającej pełnomocnictwa do zaproponowania własnego kandydata na pierwszego biskupa Jerozolimy. W wersecie Ewangelii św. Marka 3,33 («Któż jest moją matką i [którzy] są braćmi? I spoglądając na siedzących dokoła Niego, rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką») Jezus zdaje się ograniczyć ich przywileje i sprowadzić do poziomu wierności Słowu Boga. Nigdy nie są nazywani «synami Maryi», to określenie zarezerwowane dla Chrystusa. W tym świetle, bardziej niż na określenie «genealogiczne», zdanie «bracia i siostry Jezusa» wskazywałoby na grupę nacisku” (V. Messori, Tamże).

Zatem bracia Jezusa nie byliby już nawet Jego rodziną, lecz Jego uczniami, którzy w Niego nie wierzą! Cóż to za dziwni uczniowie? Hipoteza ta w świetle fragmentu Ewangelii według św. Jana jest nie do utrzymania:

Rzekli wiec do niego bracia jego: Odejdź stąd i idź do Judei, żeby i uczniowie twoi widzieli dzieła, które czynisz… Bo nawet bracia jego nie wierzyli w niego (J 7, 3. 5).

Uczniowie są tu wyraźnie oddzieleni od braci Jezusa, i ci drudzy w Niego nie wierzą – nie mogą być wobec tego Jego uczniami. W tym konkretnym przypadku może chodzić jedynie o braci cielesnych (według ciała, jak mówi Euzebiusz z Cezarei), ponieważ uczniami i duchowymi braćmi Jezusa (w myśl interpretacji synoptycznej) są wszyscy ci, którzy są posłuszni nauce Pana Jezusa. Niestety greka Nowego Testamentu jest na tyle precyzyjna, że zna ono słowo, którego użyliby ewangeliści, gdyby zdarzyli się „fałszywi bracia”, którzy udawaliby jedynie uczniów Pana – tym słowem jest określenie PSEUDADELPHOS (ψευδάδελφος).

Epilog

Protestanci określają Jakuba jako syna Maryi, i tak samo określali go starożytni ebionici. Ewangelie nic nie wspominają o poprzednim małżeństwie Józefa: jest to późniejsza legenda mająca pogodzić fakt istnienia braci Jezusa z dziewictwem Maryi. Nikt kto czytałby Nowy Testament bez uprzedniego założenia, że Maryja jest dziewicą, a Jego bracia kuzynami, nie doszedłby sam do takich wniosków.

W swojej pracy ks. Meier poddał to, oczywiście, bardziej dokładnym analizom niż można to zaprezentować w krótkim streszczeniu. W każdym bądź razie, każdy kto chciałby obecnie bronić tezy o dziewictwie Matki Jezusa, ma przed sobą bardzo trudne zadanie. Rozważania ks. Meiera są bardzo dokładne i drobiazgowe. Ksiądz wydaje się, że nie chciał pominąć w swoich dywagacjach jakiegokolwiek elementu, który mógłby przemawiać na rzecz historyczności dziewictwa Maryi.

W podsumowaniu swoich wywodów stwierdził:

W Nowym Testamencie nie ma ani jednego przykładu, gdzie w bezsprzeczny sposób „brat” oznaczałby „kuzyna”, podczas gdy istnieją liczne przypadki jego rozumienia jako „brata rodzonego” (pełnego lub przyrodniego). To jest naturalny sens adelphos u Pawła, Marka, Jana, Mateusza i Łukasza… Użycie Pawła jest szczególnie znaczące, bo… mówi o „bracie” i „braciach Pana”, jako ludziach, którzy są znanymi, cenionymi i wciąż żyjącymi w czasach, w których on o nich pisze. Jego określenie „brata” jest niezależne od szanowanej ewangelicznej kilkudziesięcioletniej tradycji… Skutkiem tego, z czysto filologicznego i historycznego punktu widzenia, najbardziej prawdopodobna jest opinia, że bracia i siostry Jezusa byli Jego rodzeństwem (s. 331 – 332).

Genealogy of the Family of Jesus

Meier, John P. A Marginal Jew: Rethinking the Historical Jesus – The Roots of the Problem and the Person. Tom I. New York: Doubleday, 1991.

Reklamy

O modlitwie na klęczkach w niedziele i święta.

Nie wolno modlić się na klęcząco w niedziele i w okresie Paschy (wyjątek: przed wystawionym Najświętszym Sakramentem)

Jest to starożytna zasada zarządzona przez wielki Sobór Powszechny w Nicei w roku 325. Sobór postanowił, że należy zabronić modlitwy na klęcząco w niedziele, gdyż klęczenie oznacza uniżenie, zaś w niedziele świętuje się Zmartwychwstanie, w którym Chrystus podniósł ludzkość z jej uniżenia, wskrzesił ją do nowego życia. Kanony soborów można znaleźć w internecie.

Zasada ta została uchwalona dla całego Kościoła i nigdy nie została zniesiona. Na zachodzie w średniowieczu pojawiła się druga symbolika postawy klęczącej — adoracja niższego bytu wobec Boga — bytu absolutnego. Dlatego w obecności Najświętszego Sakramentu obecnego na ołtarzu klęczenie zostało dozwolone. Jeśli jednak popatrzmy szczegółowo na księgi liturgiczne tak sprzed reformy jak i obecne to zobaczymy że one te zasady dość ściśle stosują: np ilekroć w czasie liturgii miałaby byc śpiewana litania (co ma miejsce np w obrzędach święceń kapłańskich czy ślubów zakonnych) to zawsze jest tam dopisana klauzula, że w niedziele i w okresie wielkanocnym wszyscy stoją śpiewając litanię, w inne dni zaś klęczą. Podobnie w rubrykach Wigilii Paschalnej jest wzmianka że litanię śpiewa się na stojąco bo zaczął się okres wielkanocny.

W starych księgach też są takie świadectwa. Np. zasadą w starym brewiarzu jest klęczenie w pewnych momentach oficjum w wigilie. Ale w przypadku wigilii Wniebowstąpienia jest zaznaczone, że się nie klęczy — bo trwa okres wielkanocny.

Jest jeszcze jeden wyjątek od reguły i to w wielu obrządkach: klęczenie jako znak przyjęcia jakiejś łaski np spowiedź, przyjmowanie bierzmowania, święceń itp.

A zatem należy skonkludować to tak, że nie należy klęczeć w niedziele i w okresie wielkanocnym poza przypadkami gdy klęczenie jest ściśle zalecone w jakimś obrzędzie.

Pytanie z publiczności:
Czy przypadek, gdy ministranci klękają, bo po komunii ksiądz idzie z Najświętszym Sakramentem aby Go schować, jest usprawiedliwiony?

Odpowiedź:
Nie wiem o jakiej konkretnie sytuacji mówisz. Jeżeli chodzi Ci o to, że gdy kapłan wraca z Najświętszym Sakramentem do prezbiterium to ministranci klękają – ciężko byłoby to uznać za błąd. Choć z symbolicznego punktu widzenia wystarczyłoby wstać.

Pytanie z publiczności:
Po co wtedy klękać skoro jest się bezpośrednio po przyjęciu Pana Jezusa i jest on obecny w Tobie?

Odpowiedź:
Takie rozumowanie właśnie prowadzi do sprzeczności – niby jest we mnie i podniósł mnie ze zniszczenia, a jednak nadal miałbym klękać – z powodu tej sprzeczności usunięto klęczenie po przyjęciu Komunii z liturgii naszego obrządku – zauważmy, że choć Najświętszy Sakrament pozostaje na ołtarzu aż do momentu oczyszczenia naczyń (tzw. puryfikacji) to wierni mają w tym czasie siedzieć lub stać, a nie klęczeć. Ze względu na bardzo mocno zakorzeniony w umysłach wiernych obyczaj klęczenia w czasie prywatnej modlitwy po przyjęciu Komunii odpowiednia Kongregacja wydała notę zezwalającą na taką modlitwę (ale tylko jako wyraz prywatnej pobożności), niemniej z symbolicznego punktu widzenia jest to bez sensu i dlatego księgi liturgiczne czegoś takiego nie przewidują. Argument, że Pan Jezus nie tylko jest w nas ale też nadal jest w pozostałych postaciach rozumiem, ale nie ma on tu zastosowania – udział w Eucharystii właśnie na tym polega że spożywając Ciało Chrystusa sami się stajemy Nim w sposób mistyczny, więc po przyjęciu Komunii nie oddajemy już Najświętszemu Sakramentowi czci poprzez gest uniżenia (klęczenie), lecz jedynie przez gesty uwielbienia (przede wszystkim przyklęknięcie na jedno kolano). Ważna jest tutaj obserwacja, że gdyby pójść Twoim tokiem myślenia to ministranci i w ogóle wszyscy wierni powinni klęczeć od konsekracji św. Darów aż do samej puryfikacji, a tego się nie czyni.

Ergo istotę rzeczy można podsumować tak: od momentu przyjmowania Komunii „obcinamy” najbardziej wymowny sposób okazywania czci aby pokazać, że przyjęcie Komunii wprowadza pewną istotną zmianę w naszej „pozycji” względem Chrystusa – zanim ofiarował nam swoje Ciało na pokarm, byliśmy zniszczonym, grzesznym stworzeniem, gdy zaś spożyliśmy Święte Świętych zostaliśmy włączeni w zwycięstwo zmartwychwstania Chrystusa i przez to wywyższeni, niejako sam Chrystus podnosi nas z kolan (można to też zauważyć symbolicznie w tradycyjnym sposobie przyjmowania Komunii w naszym obrządku – wierny podchodzi do szafarza, klęka, otrzymuje Ciało Pańskie po czym natychmiast wstaje, bo właśnie Chrystus go uczynił współuczestnikiem swojego zmartwychwstania i zwycięstwa  )

Źródło:Wypowiedź Jana Traczyka na grupie Pandy Szustaka 25.11.2017

Komentarz: Oprócz postawy pokutnej i adoracyjnej, klęczenie ma też trzecią formę, przyjęcia indywidualnej łaski, np. podczas osobistego szczególnego błogosławieństwa.
Ten temat jeszcze omówimy w innym miejscu.

Dlaczego warto używać Kanonu Rzymskiego (Pierwszej Modlitwy Eucharystycznej) – jak przekonać księdza.

– jedyna tradycyjna modlitwa eucharystyczna Kościoła zachodniego
– jedyna modlitwa eucharystyczna o zachodnim charakterze jeśli chodzi o układ
– najlepiej spośród wszystkich anafor akcentuje decydującą rolę opowiadania o ustanowieniu poprzez swoją schodkową budowę
– piękne, starożytne teksty
– nawiązania do Starego Testamentu spełnionego w Nowym
– jeżeli się nie wydziwia i nie cedzi słów jakby to nie wiadomo co było to trwa max 3–4 minuty dłużej niż „dwójeczka” – sprawdzone ze stoperem.
– posiada rozbudowane intercesje dobitnie zaznaczające charakter tej modlitwy jako włączenia wszystkiego i wszystkich w zbawczą Ofiarę Chrystusa Zbawiciela (ale tego to pleban może nie zrozumieć).

Cytowanie za: Jan Traczyk

Oklaski podczas mszy świętej dla nowożeńców po przysiędze małżeńskiej – rak czy rak?

Często przytaczana wypowiedź Papieża Benedykta XVI:
„Jeśli w liturgii oklaskuje się ludzkie dokonania, to jest to zawsze ewidentny znak tego, iż całkowicie zagubiono istotę liturgii i zastąpiono ją rodzajem religijnej rozrywki. Atrakcyjność taka nie trwa długo; na rynku ofert spędzania wolnego czasu, gdzie rozmaite formy religijności coraz częściej funkcjonują jako rodzaj podniety, konkurencja jest nie do pokonania. Sam doświadczyłem sytuacji, w której akt pokuty zastąpiony został przedstawieniem tanecznym, co oczywiście nagrodzono brawami; czy można się jeszcze bardziej oddalić od tego, czym rzeczywiście jest pokuta?”

Komentarz by William Tarczyński: ^cytat mówi o oklaskiwaniu ludzkich dokonań, sakrament tym bez wątpienia nie jest. w tym wypadku można łatwo postawić tezę, że oklaski są typowym dla współczesnej kultury europejskiej środkiem wyrazu radości z dzieła bożego, które dokonało się w jego wiernych (ochrzczonym, małżonkach, wyświęconym etc). tu jest różnica między klaskaniem w takim kontekście, a oklaskiwaniem rekolekcjonisty czy tańczonej procesji z darami, które są nie do obrony.

Skąd pomysł na przykazanie „przynajmniej raz w roku Komunię Świętą przyjmować”?

Przykazanie to wprowadzono w XIII wieku na IV Soborze Laterańskim.

IV Sobór Laterański stanął przed problemem spadającej liczby przyjmujących Komunię św. Pomiędzy X a XIII w. wprowadzono wiele zmian w Liturgii św., które znacząco wpłynęły na pobożność eucharystyczną wiernych. Pojawiły się wtedy opłatkowe hostie, zrezygnowano z Komunii św. pod dwiema postaciami, zaczęto przyjmować Komunię św. na klęcząco i do ust, wprowadzono większą liczbę cichych modlitw, które odmawiał wyłącznie celebrans, zaczęto odmawiać kanon po cichu, wprowadzono Podniesienie (wcześniej było tylko jedno Podniesienie na słowa doksologii). Liturgia zaczęła być postrzegana jako wyłączne dzieło kapłana. Wierni zaczęli odczuwać coraz większą bojaźń wobec Mszy św., niemal strach. Spadło zaangażowanie, spadła liczba osób komunikujących. Skupiano się na adorowaniu Chrystusa a nie na Jego spożywaniu pomimo że to drugie kazał nam czynić Chrystus. Wtedy też wprowadzono adoracje Najświętszego Sakramentu poza Mszą św.

O uchodźcach

Niedawno linkowałem taki tekst o Syrii i Uchodźcach z defence24.pl tam był spektakularny przykład.
Duży szpital w Syrii, tylko dwóch chirurgów.
Jeden emigruje do Niemiec (dobry zawód = szybka procedura)
Oczywiście jego pacjentów Niemcy już nie zabierają.
Nie mają oni też siły na marsz przez pustynię ani kasy na opłacenie się przemytnikom ludzi.
Tak się kończy „przyjmowanie uchodźców” – współczesnym targiem niewolników. Jesteś wartościowy, bo masz kasę na przemytników, siłę by przejść pustynię lub dobry zawód – kupi cię ktoś i w najlepszym przypadku da pracę w zawodzie.
W gorszym – na sycylijskich farmach (z noclegami w obozie przejściowym i dojazdem przez dziurę w płocie)
W jeszcze innym (lepszym/gorszym) w dilerce lub prostytucji (co we Włoszech jest już dużym problemem).
Jeśli nie masz „wartości dodanej” zostań w swojej spalonej wiosce i giń bez lekarza ani nawet stolarza, albo giń na saharze, albo giń na morzu.

Do 2012 roku Straż Graniczna Włoch działała tak jak straż, czyli pilnowała granic, przez co mało komu chodziło po głowie płynięcie pontonem do Italii. W 2013 roku zaczęto się litować nad losem 3 tysięcy (!!!) rozbitków na Lampedusie. To sprawiło, że w roku 2016 liczba osób wybierających podobną drogę przekroczyła milion (!!!). Ostatnie szacunki mówią o 6 milionach (!!!) podróżników będących w gotowości do opuszczenia wybrzeża północnej Afryki/zachodniej Azji.
Ogromna większość z nich nie pochodzi z krajów ogarniętych wojną.
Jak duże liczby będziemy w stanie przyjąć?
Czy przyjmując wyłowionych, nie szydzimy z ich niedawnych sąsiadów, którzy wierząc, że UE to obszar prawa siedzą w domach i czekają na rozpatrzenie wniosków wizowych?
PS Nie wiemy ilu z nich zginęło w piaskach Sachary na szlaku przemytniczym, dochodząc do wybrzeża. Czy tam też powinniśmy ich ratować i odbierać?

O duchach i duszach zmarłych.

This is the post excerpt.

Jan Chryzostom:

Dlaczego lubią błąkać się między grobami? Chcą upowszechnić wśród ludu zgubną naukę, że dusze zmarłych stają się demonami. Oby to nikomu nawet przez myśl nie przeszło. Cóż więc, ktoś zapyta, odpowiesz na to, że wielu czarowników złapawszy dzieci zabija je, by potem ich dusze mieć do pomocy? A skądże to wiadomo?! To, że zabijają, wielu mówi, ale powiedz mi, skądże się dowiedziałeś, że dusze zabitych są przy nich? Powiesz, że sami czarci tak wołają: «Jestem duszą tego lub tamtego». Ale to także jest jakieś omamienie i wykręt szatański. Gdyż nie dusza zmarłego krzyczy, ale demon, który to udaje, by oszukać słuchających. Jeśliby było możliwe, by dusza przeszła w naturę demona, to przecież tym bardziej do własnego ciała.
Zresztą nie zgadzałoby się z rozumem, by zgubiona dusza pomagała temu, kto ją zgubił, lub aby {człowiek} mógł zmienić bezcielesną moc w inną substancję. Skoro nie da się tak zrobić z ciałami i nikt nie może zmienić ciała człowieka w osła, tym bardziej nie da się tego zrobić z niewidzialną duszą i nikt nie może zmienić ją w naturę demona.
(Los duszy ludzkiej po śmierci. Każdy doświadcza Opatrzności Bożej)
3. Tak więc są to gadaniny starych bab i strachy na dzieci. Nie potrzeba, aby dusza po odłączeniu się od ciała dalej tu się błąkała. „Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga” (Mdr 3, 1). A jeśli sprawiedliwych, to także dzieci, bo one nie są przecież złe. Jednakże również dusze złych zaraz stąd odchodzą. Widać to na przykładzie Łazarza i bogacza (por. Łk 16, 19-31), a w innym miejscu Chrystus powiada: „Tej nocy zażądają twej duszy od ciebie” (Łk 12, 20). Niemożliwe, by dusza wyszedłszy z ciała tu się błąkała. I bardzo słusznie. Będąc w ciele, chodząc po zwykłej i znanej nam ziemi, gdy wejdziemy na nieznaną drogę, nie wiemy którędy iść, jeśli nie mamy przewodnika. Jakże dusza odłączona od ciała, wyszedłszy z tego wszystkiego, do czego była przyzwyczajona, będzie bez przewodnika wiedzieć, gdzie ma chodzić?
Także na podstawie wielu innych rzeczy można się przekonać, że dusza po swym wyjściu [z ciała] nie może tu pozostać. Szczepan woła: „Panie Jezu, przyjmij ducha mego” (Dz 7, 59); Paweł natomiast: „Pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze” (Flp 1, 23). A o patriarsze Pismo powiada: „Zmarł w szczęśliwej starości i połączył się ze swymi przodkami” (Rdz 25, 8). A o tym, że dusze grzeszników tu być nie mogą, posłuchaj bogacza, który bardzo o to prosił, a nie dostąpił tego, bo przecież gdyby to było możliwe, przyszedłby sam i opowiedział to, co się tam dzieje (por. Łk 16, 24n). Wynika stąd, że dusze po śmierci udają się na jakieś miejsce nie mogąc własną mocą tu powrócić i oczekują owego strasznego dnia.

post